 |
|



30 sierpnia 2006r.
Niebo się przeciera...
Przywitało nas piękne słońce, bajeczne wręcz widoki, bo o to chmury pod nami. Adaś miał rację, spodnie wyschły, więc humorek mi dopisywał. Śniadanko nawet jakoś bardziej smakowało. Korzystając z pięknej pogody zrobiliśmy kilka zdjęć, po czym zaczeliśmy się niespiesznie pakować, bo wyruszyć mieliśmy dopiero o 13...
Przez noc napadało dużo śniegu, zmoczone wczoraj ciuchy nie wyschły, w związku z tym trzeba było odchudzić plecak. Wszystko co było mokre zawinąłem reklamówkę i zostawiłem w domku jako depozycik. Plecak stał się odrobinę lżejszy, a to ważne gdy wysokość coraz większa, tlenu mniej i ten śnieg, którego tyle napadało przez noc...
Kolejne metry zdobywaliśmy bez większego problemu, może nieco wolniej niż zakladał Adam, ale wszyscy się ślizgali po śniegu i lodzie. Tam gdzie były poręczówki troszkę przyspieszałem, żeby na kolejnym odcinku móc iść wolniej i odpoczywać. Coraz mniejsza ilość tlenu dawała mi się bardzo we znaki. Zadyszka i "gotujące" się mięśnie, do tego senność...
Dobry plecak w takiej wędrówce to podstawa. A najlepszy plecak, to lekki plecak. Mój ważył prawie tyle co ja sam. Dobry pas biodrowy sprawił, że nie odczuwalem dotkliwie jego ciężaru, jednak już mięśnie nóg owszem. Do tego ślizgawka i tak z każdym krokiem miałem coraz bardziej dość...
Gdzieś w połowie drogi Adam zadecydował, że Saper powinien założyć raki, bo o ile Marcin świetnie panował nad kulami, to protezy już nie za bardzo chciały się go słuchać. Ja miałem dłuższą chwilę odpoczynku, co pozwoliło mi zebrać siły na dojście do kolejnej bazy na Tete Rousse...
Podejście tuż u celu wyglądało jak duża górka do jazdy na sankach, do tego mgła lub chmura wisząca na naszej wysokości. Resztkami sił dochodziliśmy, tzn. ja i Saper, bo reszta ekipy wyglądała na całkiem świeżą. Ostatnie metry niemal ze łzami w oczach, bo mięśnie nóg sprawiały wrażenie jakby się paliły...
Kierownik dał chwilę wytchnienia, a w miedzyczasie naszym oczom ukazał się szczyt, który nas czekał nazajutrz. Chyba zdjęcie naszych zadartych ku górze twarzy oddaje nasze przerażenie, przynajmniej ja byłem przerażony. Rozkładanie namiotów i obozu szło bardzo sprawnie, zwlaszcza, że z każdą chwilą pogoda się poprawiała. Namioty stawia się tam na specjalnych platformach, to takie lekko wykopane kręgi obłożone dookoła kamieniami. Wszystko to po to, aby w momencie gdy zawieje wiatr nie odlecieć razem z namiotem...
Refuge de Tete Rousse to schronisko, które było oddalone od naszego obozu o kilkaset metrów. Tam poszliśmy przygotować posiłek i odpocząć po wejściu. Doskonale ogrzane miejsce, wreszcie mogłem wyskoczyć z polarów i kurtki. I co najważniejsze na chwilę oderwać się od trudów i świadomości tego co nas czeka kolejnego dnia, bo Gouter wyglądał z dołu złowrogo...
Najedzeni i wypoczęci położyliśmy się wcześnie spać, bo o 3 rano mieliśmy wyruszyć w dalszą drogę...
Paweł CANIS Kanclerz
<< poprzedni dzień
następny dzień >>
|
|
 |