 |
|



29 sierpnia 2006r.
Chamonix i pierwsze koty za płoty...
Pobudka o 8:00, bo na 9 zaplanowany wypad do Chamonix. Kiedy wyszedłem z namiotu to oniemialem, dojechaliśmy w nocy więc nie było widać szczytów, które okalają miasto. Zapierający dech w piersiach widok, dookoła góry, zaś ich szczyty osnute chmurami i mgłą, a wszystko to niemal na wyciągnięcie ręki...
Z transu wybiła mnie komenda "zwijamy namioty", potem zdjęcie i do miasta. Do tej chwili uważałem, iż to Zakopane z racji swojego położenia jest pięknym miastem, jednakże to co zobaczyłem w Chamonix zdeklasowało naszą górską stolicę. Zróżnicowana architektura, świetna infrastruktura i niesamowity porządek. Szkoda tylko, że francuski jest tu językiem urzędowym, inaczej już bym tam mieszkał (jakoż jednak iż francuskiego nie znam, to będę szukał dalej)...
Nie było czasu na szukanie pamiątek, bo kierownik przyjechał tylko po buty i trzeba było się zawijać do Fayet, skąd wyrusza tramwaj do Nid d'Aigle (2372m), ale o tym za chwilkę:)
W Fayet nastąpiło wielkie przepakowanie rzeczy, czyli wyłożenie wszystkiego co mieliśmy w bagażach na parking i ponowne spakowanie w plecaki. Ciekawy widok, szpeje, ciuchy, jedzenie, porozkładane na kilkunastu metrach kwadratowych i co jakiś czas przeciskający się miedzy tym samochód. Atmosfera była luźna i bardzo sympatyczna, do momentu kiedy wdał się pośpiech, bo interesujący nas tramwaj ruszał o 14:40. Im bliżej odjazdu tym bardziej nerwowo...
Tramway du Mont-Blanc, machina wyglądająca jak rodem z PRL'u, kształty wskazują na początek lat 50-tych, zaś wnętrze bliżej trzydziestych dwudziestego wieku. Dość ciekawy kontrast z panującą wokół nowoczesnością. Pojazd ów sunie sobie po szynach z zawrotną prędkością 15-20km/h, jednakże oszczędza nam nogi i co najmniej dwie godziny drogi.
To właśnie w tramwaju dociera do mnie myśl, iż o to zaczyna się nasza droga na szczyt, pierwszy dreszcz, nadmiar emocji i zaklejające ciastka, podobne w smaku do toruńskich pierników...
Nid d'Aigle powitała nas mglistą pogodą, wyzbytą wiatru, pełną niepokoju. Krajobraz nieco księżycowy, pełno kamieni, brak zieleni i gdyby nie kolor skał, to można odnieść wrażenie, że jest się w wysokiej części Tatr a nie w Alpach. Nawet szlak, bo tutaj jeszcze takowy był, bardzo przypominał podejście choćby na Giewont. Tylko dziwny brak tchu, a to dopiero niecałe 3 tysiące metrów...
Sielanka się skończyła gdy nadciągnął wiatr, bardzo silny a wraz z nim śnieg. Kryształki lodu niemal przecinały skórę, niczym tysiące szpilek, wbijały się w twarz. Adam (kierownik) zadecydował, że przeczekamy to w Barraque Forestere des Rognes na wysokości 2768m.
To taki domek, gdzie można znaleźć schronienie właśnie przed pogodą. Wewnątrz dwa poziomy a na każdym dwie sale, jedna z pietrowymi pryczami druga zaś na podobieństwo przedpokoju. Tam nasłuchując wiatru zjadamy posiłek i oceniamy straty. Tak straty, bo po drodze do Rognes zdążyło nas zmoczyć, co gorsza rzeczy w plecakach też. Szlag mnie trafia, bo nowy plecak a już przemókł. Koszulki, spodnie, prawie wszystko mokre. To co ocalało zawijam w reklamówki, resztę rozkładam z nadzieją, że wyschnie...
Kładę się spać w mokrych spodniach. Według Adama to jedyna szansa na ich wysuszenie - mieć je na sobie w śpiworze...
Paweł CANIS Kanclerz
<< poprzedni dzień
następny dzień >>
|
|
 |