 |
|



28 sierpnia 2006r.
Droga przez niemcy, czyli autostradowy raj...
Jadąc przez Polskę miałem okazję kilka godzin pospać, a to za sprawą pasażera, który był kierowcą. Rześki niczym młody bóg ruszyłem autostradami w kierunku Szwajcarii. Jakies 100 km od granicy drogę nagle zajechał nam srebrny sedan, który za szybą miał neon "bitte folgen". Metodą dedukcji doszliśmy, iż ów świetlisty napis oznacza "follow me" (nikt z nas nie znał niemieckiego), tak więc grzecznie udaliśmy się za "neonowym" samochodem do zjadu z autostrady a następnie na pobliski posterunek Policji...
Cóż, załadowany po dach samochód na polskich blachach - trza więc "przetrzepać". Kontrola celna, posadzono nas przed samochodem na drewnianej ławce, samochód zaś trafił na kanał. Trwało kilka minut, zanim uwierzyli, że jedziemy się wspinać...
Kiedy już nas puścili i skontaktowaliśmy się z resztą ekipy (w drugim samochodzie) okazało się, ze spotkał ich ten sam los, z tą różnicą, że ich dopadli na stacji benzynowej i tam urządzili kontrolę...
Po tym wszystkim zgłodnieliśmy, postój na przydrożnym parkingu i pierwsze zetknięcie z nową dietą. Dla mnie nową, bo po raz pierwszy dane mi było jeść bigos, który był w proszku. Liofilizowane jedzenie, czyli w specjalnym procesie wyzbyte wody, po ponownym z nią połączeniu stało się swietnie wyglądającym i pachnacym posiłkiem. Tylko z przyprawami ktoś przesadził, bo zdeka za słone było...
Wieczorem dojechaliśmy do Szwajcarii, tam krótka wizyta u przyjaciół, szybka nowinka na stronie Floty (dostęp do internetu), kawa i dalej w drogę...
Chamonix osiągneliśmy kilka minut po północy, szybkie rozbicie namiotów i spać, bo od rana kierownik miał już rozplanowany cały dzień. Tylko humory nie za bardzo dopisywały, zmęczenie trasą i fatalna pogoda przez całą drogę dała nam w kość...
Paweł CANIS Kanclerz
<< poprzedni dzień
następny dzień >>
|
|
 |